13:01

cud narodzin

cud narodzin
      Czemu narodziny nazywane są cudem? Jaki to cud skoro wszystko tak bardzo boli? Kobieta jest umęczona do granic możliwości; chodzi jak emeryt; piersi bolą, umyć się normalnie nie można. Eh cud natury. Druga sprawa karmienie. Może jestem wyrodną matką ale nie czuję tego, nie chcę karmić, sprawia mi to ból, wzbudza jaki rodzaj obrzydzenia. Ale próbuję bo to dobre dla dziecka. Ze Starszym miałam nacisk zewsząd - kazali karmić, radzili, mądrzyli się.. nikt nie zapytał jednak jak ja się z tym czuję; czy jest mi z tym dobrze, czy daję radę. Nikt nie powiedział, że jak się nie da to trzeba odpuścić - a nie dawało się bo przez ten cały stres nie miałam za dużo pokarmu. Ten wszechobecny przymus - nijak sobie z tym nie radziłam; czułam się źle, byłam ciągle na maksymalnym stresie ale zagryzałam wargę i walczyłam o każdą kroplę. Istna katorga. Starszy był dokarmiany od narodzin i żyje.
   Teraz stwierdziłam, że jak się nie da to się nie da. Tym razem pokarm mam, jednak Mały nie jest chętny do współpracy. Niby słodka istotka ale jak przychodzi pora karmienia zmienia się w wampira. Z całej siły zaciska bezzębną szczękę, łapczywie pije nie dbając o mnie. Moje chęci karmienia naturalnie (znikome ale były) ulotniły się wraz ze zmasakrowaną brodawką. Mam kryzys. Chodzę sfrustrowana, rozdrażniona. Obrywa się Starszemu za wszystko - po czym mam wyrzuty sumienia i tak w kółko :(
  Dziś się poddałam i zaczęłam karmić mieszanką - niestety dziś był najgorszy dzień jaki dotąd mieliśmy. Widać Małemu mieszanka (nie taka tania) nie przypadła do gustu. Wył cały dzień.. Dobrze, że uznajemy smoczek bo bym oszalała. No i nadszedł wieczór i myślawka. A może karmić go z jednej, podleczyć drugą i znowu spróbować? Nie wiem.. dalej tego nie czuję - czy to czyni mnie złą mamą? Czy dobra mama to ta, która słania się na nogach, karmi mimo bólu i poświęca wszystko, całą siebie dla dziecka? Nie, dobra mama to szczęśliwa mama - dlatego jak nie da się to będziemy karmić mieszanką.

Polecam i bardzo sobie chwalę butelki Tommee Tippee

06:15

chaos

  Pierwszą rzeczą jaką musiałam zrobić to powiedzieć trenerowi czemu mój dzienniczek nagle świeci pustkami. Jak już przetrawił wiadomość o ciąży, to uświadomił mi od kiedy wracamy do pracy.
Nauczona problemami z pierwszej ciąży musiałam zrezygnować z jakiejkolwiek aktywności fizycznej, co nie jest czymś normalnym w moim życiu. O dziwo te dziewięć miesięcy przeleciało nie wiadomo kiedy; bez komplikacji z super wakacjami - wielki ukłon w stronę męża. Całe dziewięć miesięcy bez żadnego planu, nieułożone - totalnie zwariowane i chaotyczne.
  Ponieważ byłam od maja na zwolnieniu postanowiliśmy zrobić mały remont dużego pokoju, który miał się skończyć w czerwcu; aktualnie właśnie wieszają mi szafki w kuchni; w wc zamiast drzwi mam od maja kocyk; łazienka nie ma drzwi ba nie ma nawet ścian ani sufitu - wszystko w płytach. Remont docelowo miał zakończyć się przed porodem, który zaczął się równie niespodziewanie jak niespodziewanie gruchnęła na nas wiadomość, że zostaniemy rodzicami. Pewnej nocy po prostu się zaczęło więc obudziłam męża, aby mu zakomunikować, że musimy się spakować i jechać do szpitala. Usłyszałam tylko zaspane: "Ok. Przytul się i chodź spać". Cały On

11:35

nostalgia

Pokój rozświetla mała lampka. To moja kolejna nieprzespana noc. Za oknem słyszę jak leje deszcz; pies cicho śpi co chwilę walcząc z jakimś sennym kotem. Mały znowu do nas przyszedł; robi tak odkąd wróciłam ze szpitala. Boi się, że już Go nie kochamy; jaki natłok dziwnych i nieprawdziwych myśli może tłoczyć się w głowie pięciolatka. Śpi twardo, mocno ściskając przytulaki w jednym ręku a moją dłoń w drugim. Taki kawałek mnie musi mieć przy sobie. Moje oczko w głowie; jedna z najważniejszych istot na świecie. Jak może myśleć, że go nie kochamy?
Przenoszę wzrok dalej. Patrzę jak On swobodnie oddycha; tak lekko i spokojnie. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że mam szczęście - to duże słowa ale mówię, je z czystym sumieniem. Dostałam od życia wielki kawał szczęśliwego tortu - fakt trochę nadgryziony tu i tam; trochę zmaltretowany - w końcu dziesięć lat to kupa czasu - nie zawsze tego wesołego i oprószonego szczęściem. Mam fantastycznego syna; fantastycznego i kochającego męża, który nigdy nie pozwoli by któremuś z nas coś się stało. Nie przesładzając ale takiego to ze świecą szukać. Owszem furiat, trudny do okiełzania, ale pewny i zapewniający bezpieczeństwo i spokój. Niesamowicie pomógł mi te parę dni temu - podziwiam i jestem mega wdzięczna.. Za rzadko mu to mówię. .wiem..
Cały mój świat mam w zasięgu ręki. Wszyscy śpią tylko nie ja - od trzech godzin próbuję uciszyć małego Czarodzieja, uporczywie kwilącego na mojej piersi. To właśnie On jest sprawcą całej naszej życiowej rewolucji. Zmiany stylu życia, planów dosłownie wszystkiego. Wstyd się przyznać ale przez tą małą istotkę legły w gruzach miesiące moich przygotowań, litry przelanego potu, wyrzeczenia. Do tego mroźnego, styczniowego poranka kiedy zobaczyłam dwie kreski ostro trenowałam. W kwietniu miałam zaliczyć swój pierwszy w życiu półmaraton, później maraton. Wszystko miałam jak zawsze dobrze zaplanowane, dopięte na ostatni guzik. W moim dotychczasowym życiu wszystko było zawsze poukładane, zaplanowane - nigdy nie było miejsca na niespodzianki czy niepewne sytuacje. Zawsze do tego styczniowego poranka. Patrząc na test poczułam się jak głupiutka nastka - zadając sobie pytanie: JAK?
Fakt, zamiast euforii pojawiła się w pierwszej chwili złość.. na siebie, na nas bo przecież nie jesteśmy nastolatkami, którzy nie wiedzą co robią. Dwoje dorosłych a tu taka sytuacja... Nie omieszkałam żeby obudzić męża i podzielić się z nim tą "radosną" nowiną. Niestety do jego wad należy totalny brak delikatności i wyczucia w niektórych sytuacjach - na wieść o tym, że zostanie tatą po prostu burknął coś i odwrócił się na bok zapadając dalej w sen.
Od tego styczniowego poranka dni poleciały lawinowo. Zaczął się prawdziwy rollercoaster chaotycznych wydarzeń..
Copyright © 2016 elfchochlikimama , Blogger