Pokój rozświetla mała lampka. To moja kolejna nieprzespana noc. Za oknem słyszę jak leje deszcz; pies cicho śpi co chwilę walcząc z jakimś sennym kotem. Mały znowu do nas przyszedł; robi tak odkąd wróciłam ze szpitala. Boi się, że już Go nie kochamy; jaki natłok dziwnych i nieprawdziwych myśli może tłoczyć się w głowie pięciolatka. Śpi twardo, mocno ściskając przytulaki w jednym ręku a moją dłoń w drugim. Taki kawałek mnie musi mieć przy sobie. Moje oczko w głowie; jedna z najważniejszych istot na świecie. Jak może myśleć, że go nie kochamy?
Przenoszę wzrok dalej. Patrzę jak On swobodnie oddycha; tak lekko i spokojnie. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że mam szczęście - to duże słowa ale mówię, je z czystym sumieniem. Dostałam od życia wielki kawał szczęśliwego tortu - fakt trochę nadgryziony tu i tam; trochę zmaltretowany - w końcu dziesięć lat to kupa czasu - nie zawsze tego wesołego i oprószonego szczęściem. Mam fantastycznego syna; fantastycznego i kochającego męża, który nigdy nie pozwoli by któremuś z nas coś się stało. Nie przesładzając ale takiego to ze świecą szukać. Owszem furiat, trudny do okiełzania, ale pewny i zapewniający bezpieczeństwo i spokój. Niesamowicie pomógł mi te parę dni temu - podziwiam i jestem mega wdzięczna.. Za rzadko mu to mówię. .wiem..
Cały mój świat mam w zasięgu ręki. Wszyscy śpią tylko nie ja - od trzech godzin próbuję uciszyć małego Czarodzieja, uporczywie kwilącego na mojej piersi. To właśnie On jest sprawcą całej naszej życiowej rewolucji. Zmiany stylu życia, planów dosłownie wszystkiego. Wstyd się przyznać ale przez tą małą istotkę legły w gruzach miesiące moich przygotowań, litry przelanego potu, wyrzeczenia. Do tego mroźnego, styczniowego poranka kiedy zobaczyłam dwie kreski ostro trenowałam. W kwietniu miałam zaliczyć swój pierwszy w życiu półmaraton, później maraton. Wszystko miałam jak zawsze dobrze zaplanowane, dopięte na ostatni guzik. W moim dotychczasowym życiu wszystko było zawsze poukładane, zaplanowane - nigdy nie było miejsca na niespodzianki czy niepewne sytuacje. Zawsze do tego styczniowego poranka. Patrząc na test poczułam się jak głupiutka nastka - zadając sobie pytanie: JAK?
Fakt, zamiast euforii pojawiła się w pierwszej chwili złość.. na siebie, na nas bo przecież nie jesteśmy nastolatkami, którzy nie wiedzą co robią. Dwoje dorosłych a tu taka sytuacja... Nie omieszkałam żeby obudzić męża i podzielić się z nim tą "radosną" nowiną. Niestety do jego wad należy totalny brak delikatności i wyczucia w niektórych sytuacjach - na wieść o tym, że zostanie tatą po prostu burknął coś i odwrócił się na bok zapadając dalej w sen.
Od tego styczniowego poranka dni poleciały lawinowo. Zaczął się prawdziwy rollercoaster chaotycznych wydarzeń..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz