Jak złapię chwilę bez celowo przeglądam fb. Patrzę na zdjęcia moich bezdzietnych koleżanek. Zadbane, uśmiechnięte, realizujące się - po prostu piękne. Patrzę w lustro i widzę podkrążone oczy, szarą cerę i zmęczony wzrok. Zamiast modnego manicure często mam na rękach resztki brokatu w kleju czy ślady flamastrów. Od jakiegoś czasu chodzę w bluzach i dresach - bo wygodniej i tylko w to się nadal mieszczę.. Widzę jak zanika we mnie kobiecość - z każdym dniem coraz bardziej. Owszem matka może być zadbana nie mówię, że nie - parę dni temu byłam u fryzjera a dziś nawet zrobiłam sobie makijaż; jednak patrząc w lustrze moje odbicie dalej jest szare i nijakie. Nic się nie zmienia. Nie czuję się atrakcyjna..
04:48
01:44
Kryzys..
Kupiłam sobie JOY - gazeta dla . Nie wiem co mną kierowało - kolorowa okładka, krzykliwa reklama o szybkim make upie? Kupiłam, przejrzałam i poczułam się źle; tak jakoś staro. Ukuło mnie to, że już nie jestem studentką, że wiele rzeczy mnie ominęło i już nie wróci. Czyżby kryzys wieku średniego dotykał też kobiety? Czym w ogóle jest owy kryzys i kiedy zaczyna się wiek średni? Jestem po trzydziestce, mam swoje mieszkanie, kombi, męża, dwójkę dzieci i psa - jaki idealny obraz rodziny. Jednak coś tu nie gra, czegoś mi ciągle brakuje, coś przeszkadza być szczęśliwą. Ostatnio pisałam, że ominął mnie baby blues .. chyba jednak nie do końca. Mam wrażenie, że znowu wyciąga po mnie swoje łapy nie tak jak pięć lat temu mocnym kopniakiem .. teraz zaczyna skupać mnie po kawałku. Dni stają się szare, ciężkie, momentami duszę się minającymi minutami i przytłaczającą codziennością. Owszem dużo jest momentów wesołych, ciepłych i radosnych jednak coraz częściej załącza mi się taki nieprzenikniony żal.. smutek za tym czego już mieć nie będę, czego nigdy nie osiągnę. Nie wiem czy to on czy już jednak jego wredna siostra zwykła depresja. Nie wiem, bo nikt nistety nie uprzedzał ani nikt głośno nie mówi o tym co tak naprawdę dziene się w głowie kobiety po porodzie. Tyle się mówi o huśtawce hormonów, o fizyczności a dlaczego nigdzie nie ma informacji o tym co dzieje się w umyśle świeżej mamy. Tak, mam prawo czuć się źle w nowej roli, mam prawo raz się śmiać a za chwilę chcieć rozerwać każdego dookoła - to hormony. A jak nazwać stan w który powoli się zanużam? Znam go. Ostatnio niemal zniszczył mi rodzinę a napewno mocno ją nadszarpną - wyrył rysy, których nijak nie możemy załatać. Niby jest dobrze - uśmiechamy się do siebie, jesteśmy ciepli i mili jednak ja, tak na prawde nie widzę powodów do radości. Ukrywam to jak bardzo źle się ze sobą czuję - nienawidzę patrzeć na swoje oblicze. Ciało zmęczone, zniszczone, grube, ; jak bardzo marzę o tym aby wyjechać, zniknąć na jakiś czas. Cofnąć czas o pare lat i zmienić niemal wszystko. Nie wiem czy to dotyka każdą mamę czy tylko mnie - nie wiem bo to ciągle temat tabu. Młoda mama ma się uśmiechać i nic nie mówić bo to wina hormonów i wszystko wróci do normy - otóż nie, czasem nie wraca.
00:33
Ciocia dobra rada
Wczoraj poczułam się źle. Źle ze sobą i podjętymi przeze mnie decyzjami. Wracając z przedszkola spotkałam mamę kolegi Młodego. Mamę pełną gębą bo ma więcej niż dwie pociechy. Zajrzała do wózka i między ochami i achami zadała mi pytanie (pytanie zmorę - prześladuje mnie wszędzie gdzie tylko pojawię się z Małym) czy karmię. Mówię, zgodnie z prawdą (z zasady unikam kłamstw ale chyba zacznę mówić inaczej niż jest - że niestety nie dało rady z różnych przyczyn Mały jest na butli - i tu spotkałam się niemalże z oburzeniem. Jak to?? Dlaczego?? To bardzo źle, bo będzie mi chorował, bo to bardzo ważne żeby karmić samemu. Nie ważne, że boli, że zrobił krzywdę i że się cierpi za każdym razem jak tylko się przyssawał - trzeba zacisnąć zęby i karmić, że jak leci choć kropelka to zawsze można przywrócić laktację i jak najszybciej powinnam to zrobić bo Mały będzie mi chorował, bo to źle dla dziecka, bo ona wykarmiła wszystkie pociechy. Stwierdziłam, że nie ma sensu się tłumaczyć dyskutować. Po prostu wysłuchałam co ma do powiedzenia i dość szybko się ulotniłam. Niestety dysonans pozostał. I myślawka, może jednak ma rację.. może wrócić do karmienia.. może źle, że się poddałam za szybko? Dużo pytań, mętlik w głowie.
11:22
Instynkt
Codziennie coraz bardziej sama siebie zaskakuję. Nie chodzi o to, że wstaję w coraz lepszym humorze (to bardzo dobrze), ale dziwi mnie mój stan psychiczny.. Myślę, że obudził się we mnie instynkt macierzyński; niby to nic nadzwyczajnego, ale w moim przypadku jest to co najmniej szokujące. Dlaczego? A to dlatego, że przy Młodym owy instynkt jeżeli w ogóle się u mnie pojawił było to bardzo, bardzo późno i był słabiutki. Uważałam wtedy, że mówienie do niemowlaka jest dziwne i nie potrzebne. Nie czułam się komfortowo gadając w sumie do siebie; wychodzenie na spacer z dzieckiem nie sprawiał mi przyjemności - ogólnie zajmowanie się wtedy niemowlakiem wymagało ode mnie bardzo dużo wysiłku i walki z samą sobą. Teraz jestem pięć lat starsza. Nie wiem jaki to akurat ma wpływ, ale czuję się wyjątkowo. Gadam do Małego jak najęta; śpiewam mu, tańczę z nim na rękach nawet chętnie wychodzę na spacer (łącząc trzy czynności w jedną: spacer, pies i odebranie Młodego :). Nie sprawia mi trudności wstanie do niego w nocy, czy uspokajanie jak płacze kolejną godzinę z rzędu. Podchodząc do łóżeczka zalewa mnie fala ciepła i dziwne uczucie błogości. Na twarzy sam maluje mi się uśmiech; mówię do niego łagodnie, przytulam. Robię wszystko to, czego nie robiłam pięć lat temu. Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie zadziwia - mój instynkt, który zrodził się wraz z pierwszymi łzami Małego, wylewa się na zewnątrz i obkleja bardzo mocno Młodego. Teraz, powoli daję mu to czego nie otrzymał ode mnie wtedy, gdy sam był malutkim krasnoludkiem.
Malutki, drobniutki wcześniak, usilnie próbujący nadrobić wszystko czego nie zdobył w moim brzuchu. Nie był to dobry czas dla nikogo z nas; wieczne nerwy związane z naciskiem na karmienie i związane z tym trudności; brak snu; nowa sytuacja i nie do końca wyjście z lekkiego załamania, które trafiło mnie jak jeszcze byłam w ciąży. Wszystko to sprawiło, że zamiast radości i uczucia szczęścia przepełniała mnie złość, dziwny lęk i niechęć do wszystkiego. Mimo to z całych sił pomagaliśmy Młodemu nadgonić to wszystko czego nie zdążył osiągnąć i rozwinąć będą jeszcze ze mną w komplecie co nie było proste - mama z depresją; tata - w nowej pracy i wiecznym niedoczasem.
Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że tym razem ominął mnie baby blues - chociaż bardzo próbował znowu poszarpać moim życiem. Nie, tym razem mu podziękuję - patrząc z perspektywy tych pięciu lat, za dużo przez niego straciłam. Naprawdę niewiele brakowało a rozwaliłby mi rodzinę. Wtedy, w najtrudniejszym momencie na nogi postawił mnie sport.. teraz.. teraz tęsknię tylko za adrenaliną, która towarzyszy startom.
Malutki, drobniutki wcześniak, usilnie próbujący nadrobić wszystko czego nie zdobył w moim brzuchu. Nie był to dobry czas dla nikogo z nas; wieczne nerwy związane z naciskiem na karmienie i związane z tym trudności; brak snu; nowa sytuacja i nie do końca wyjście z lekkiego załamania, które trafiło mnie jak jeszcze byłam w ciąży. Wszystko to sprawiło, że zamiast radości i uczucia szczęścia przepełniała mnie złość, dziwny lęk i niechęć do wszystkiego. Mimo to z całych sił pomagaliśmy Młodemu nadgonić to wszystko czego nie zdążył osiągnąć i rozwinąć będą jeszcze ze mną w komplecie co nie było proste - mama z depresją; tata - w nowej pracy i wiecznym niedoczasem.
Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że tym razem ominął mnie baby blues - chociaż bardzo próbował znowu poszarpać moim życiem. Nie, tym razem mu podziękuję - patrząc z perspektywy tych pięciu lat, za dużo przez niego straciłam. Naprawdę niewiele brakowało a rozwaliłby mi rodzinę. Wtedy, w najtrudniejszym momencie na nogi postawił mnie sport.. teraz.. teraz tęsknię tylko za adrenaliną, która towarzyszy startom.
01:20
02:44
Bieg Mikołajów
7.12 na Żoliborzu odbędzie sie coroczny Bieg Mikołajów. Niestety w tym roku jestem z niego wykluczona, ale jak wspomniałam wcześniej przygotowuje do niego Młodego. Co prawda dystans nie jest powalający (150m) ale wystarczy aby zaszczepić w nim zajawke do biegania. Zaczęliśmy trenować, narazie podczas drogi do i z przedszkola, jednak już widzę, że moj syn nie ma za grosz kondycji. Na szczęście pare tygodni przed nami. Nie, nie zależy mi żeby był pierwszy, wygral o kilka sekund z innymi; zależy mi żeby nie dobiegł jako ostatni bo będzie to jego pierwszy i ostatni bieg. Tak mój starszy syn odziedziczył po mnie jedna wądę - jedna porażka i się poddaję. Ja, może z racji wieku, umiem już sobie z tym jakoś podadzić on niestety jeszcze nie. Szybko sie zniecheca i nie chce próbować. Bardzo dużo kosztuje nas - rodziców - czasu, zaangażowania i przede wszystki cierpliwości aby nigdy się nie poddawał.
07:20
czas wracać do formy?
Jestem cztery tygodnie po porodzie. Po naturalnym należy się sześć tygodni połogu. Po tym czasie można zacząć ćwiczyć.. Ja jestem po drugiej cesarce. Z tego co dowiedziałam się od lekarzy mój połóg będzie znacznie dłuższy. Czuję się fizycznie nieźle, jednak szwy rozpuszczają się po ok 4 miesiącach - do tego czasu mogę zapomnieć o mocniejszych ćwiczeniach fizycznych. Kiedy więc znowu zacznę biegać? Zaczyna doskwierać mi mój wygląd, brak ruchu i zadyszka podczas wchodzenia z dzieckiem na ręku na drugie piętro. Nie konsultowałam tego jeszcze z trenerem - jakoś nie mamy kiedy się złapać - ale chciałabym od stycznia zacząć robić ze sobą cokolwiek. Najpierw zacznę od diety; dużo zieleniny, chude pieczone mięso itp. Ze słodyczami nie będzie problemu bo nigdy za nimi nie przepadałam (za wyjątkiem ciąży) więc może i powrót do formy nie będzie tragedią?
Na wiosnę zamierzam zacząć biegać z psem - po to go mam. Zaczniemy od długich spacerów; później marszobiegi. Pies + wózek hmm brzmi ciekawie :)
Na wiosnę zamierzam zacząć biegać z psem - po to go mam. Zaczniemy od długich spacerów; później marszobiegi. Pies + wózek hmm brzmi ciekawie :)
04:36
anomalie
Pierwszy tydzień listopada a ja siedziałam wczoraj na placu zabaw w samej cienkiej bluzie. Nie jest to chyba normalne. Zwłaszcza, że w weekend kupiliśmy ciepłe kurtki dla mnie i Młodego. Z niecierpliwością czekam na zimę. Ale taką prawdziwą z mrozem i ze śniegiem. Tak bardzo marzą mi się białe święta - takie jak pamiętam z dzieciństwa. Za oknem sypie śnieg, mróz maluje obrazki na oknach a w domu unosi się zapach choinki i mandarynek. Odkąd jestem mamą zawsze chciałam aby ten okres około świąteczny okraszony był jakąś magią - tak jak ja to pamiętam. Nie jest to proste z wielu względów: mandarynki mamy dostępne cały rok a pogoda nie pomaga w stworzeniu tego specyficznego klimatu. W tym roku, z tego co wypisują na forach pogodowych, też ma być niemal lato w grudniu. Będę musiała stworzyć ten magiczny świat w domu za pomocą piernikowej chatki, prawdziwej choinki i innych sztuczek.
No dobra ale skąd nagle u mnie nostalgiczna notka o świętach? Hmm pogoda za oknem mnie dobija.. Mały niestety źle znosi takie wahania pogodowe - czego skutkiem jest kolejna noc w plecy i smoczek w ciągłym użytku. Zrobiłam sobie dziś kawę - pierwszą od bardzo dawna. Ot tak, taki luksus dla mnie - nikomu nie zaszkodzę, bo nie karmię (walczę wytrwale z zatrzymaniem laktacji, co nie jest takie proste) w świątecznym kubku z Home&You. Tak, jestem tym klientem, na którym sklepy zarabiają robiąc tą całą świąteczną otoczkę.
Jak co roku na Żoliborzu organizowany jest tzw bieg mikołajowy. W tym roku, ze znanych względów, nie mogę pobiec więc wpisałam moją najstarszą latorośl. Młody bardzo się ucieszył i zaczęliśmy treningi. Bieg co prawda jest tylko na 150m jednak to jego pierwszy bieg w życiu - pierwsza prawdziwa rywalizacja, więc trzeba się przygotować. Trenujemy już kilka dni i powiem szczerze, że robi postępy. Czyżby rósł kolejny powiślański biegacz??
Ps. Mały zaakceptował mleko - na szczęście dla nie rujnujące budżetu.
No dobra ale skąd nagle u mnie nostalgiczna notka o świętach? Hmm pogoda za oknem mnie dobija.. Mały niestety źle znosi takie wahania pogodowe - czego skutkiem jest kolejna noc w plecy i smoczek w ciągłym użytku. Zrobiłam sobie dziś kawę - pierwszą od bardzo dawna. Ot tak, taki luksus dla mnie - nikomu nie zaszkodzę, bo nie karmię (walczę wytrwale z zatrzymaniem laktacji, co nie jest takie proste) w świątecznym kubku z Home&You. Tak, jestem tym klientem, na którym sklepy zarabiają robiąc tą całą świąteczną otoczkę.
Jak co roku na Żoliborzu organizowany jest tzw bieg mikołajowy. W tym roku, ze znanych względów, nie mogę pobiec więc wpisałam moją najstarszą latorośl. Młody bardzo się ucieszył i zaczęliśmy treningi. Bieg co prawda jest tylko na 150m jednak to jego pierwszy bieg w życiu - pierwsza prawdziwa rywalizacja, więc trzeba się przygotować. Trenujemy już kilka dni i powiem szczerze, że robi postępy. Czyżby rósł kolejny powiślański biegacz??
Ps. Mały zaakceptował mleko - na szczęście dla nie rujnujące budżetu.
I kolejny ukłon w stronę firmy Tommee tippee - super ułatwienie dla rodziców.
13:01
cud narodzin
Czemu narodziny nazywane są cudem? Jaki to cud skoro wszystko tak bardzo boli? Kobieta jest umęczona do granic możliwości; chodzi jak emeryt; piersi bolą, umyć się normalnie nie można. Eh cud natury. Druga sprawa karmienie. Może jestem wyrodną matką ale nie czuję tego, nie chcę karmić, sprawia mi to ból, wzbudza jaki rodzaj obrzydzenia. Ale próbuję bo to dobre dla dziecka. Ze Starszym miałam nacisk zewsząd - kazali karmić, radzili, mądrzyli się.. nikt nie zapytał jednak jak ja się z tym czuję; czy jest mi z tym dobrze, czy daję radę. Nikt nie powiedział, że jak się nie da to trzeba odpuścić - a nie dawało się bo przez ten cały stres nie miałam za dużo pokarmu. Ten wszechobecny przymus - nijak sobie z tym nie radziłam; czułam się źle, byłam ciągle na maksymalnym stresie ale zagryzałam wargę i walczyłam o każdą kroplę. Istna katorga. Starszy był dokarmiany od narodzin i żyje.
Teraz stwierdziłam, że jak się nie da to się nie da. Tym razem pokarm mam, jednak Mały nie jest chętny do współpracy. Niby słodka istotka ale jak przychodzi pora karmienia zmienia się w wampira. Z całej siły zaciska bezzębną szczękę, łapczywie pije nie dbając o mnie. Moje chęci karmienia naturalnie (znikome ale były) ulotniły się wraz ze zmasakrowaną brodawką. Mam kryzys. Chodzę sfrustrowana, rozdrażniona. Obrywa się Starszemu za wszystko - po czym mam wyrzuty sumienia i tak w kółko :(
Dziś się poddałam i zaczęłam karmić mieszanką - niestety dziś był najgorszy dzień jaki dotąd mieliśmy. Widać Małemu mieszanka (nie taka tania) nie przypadła do gustu. Wył cały dzień.. Dobrze, że uznajemy smoczek bo bym oszalała. No i nadszedł wieczór i myślawka. A może karmić go z jednej, podleczyć drugą i znowu spróbować? Nie wiem.. dalej tego nie czuję - czy to czyni mnie złą mamą? Czy dobra mama to ta, która słania się na nogach, karmi mimo bólu i poświęca wszystko, całą siebie dla dziecka? Nie, dobra mama to szczęśliwa mama - dlatego jak nie da się to będziemy karmić mieszanką.
Polecam i bardzo sobie chwalę butelki Tommee Tippee
Teraz stwierdziłam, że jak się nie da to się nie da. Tym razem pokarm mam, jednak Mały nie jest chętny do współpracy. Niby słodka istotka ale jak przychodzi pora karmienia zmienia się w wampira. Z całej siły zaciska bezzębną szczękę, łapczywie pije nie dbając o mnie. Moje chęci karmienia naturalnie (znikome ale były) ulotniły się wraz ze zmasakrowaną brodawką. Mam kryzys. Chodzę sfrustrowana, rozdrażniona. Obrywa się Starszemu za wszystko - po czym mam wyrzuty sumienia i tak w kółko :(
Dziś się poddałam i zaczęłam karmić mieszanką - niestety dziś był najgorszy dzień jaki dotąd mieliśmy. Widać Małemu mieszanka (nie taka tania) nie przypadła do gustu. Wył cały dzień.. Dobrze, że uznajemy smoczek bo bym oszalała. No i nadszedł wieczór i myślawka. A może karmić go z jednej, podleczyć drugą i znowu spróbować? Nie wiem.. dalej tego nie czuję - czy to czyni mnie złą mamą? Czy dobra mama to ta, która słania się na nogach, karmi mimo bólu i poświęca wszystko, całą siebie dla dziecka? Nie, dobra mama to szczęśliwa mama - dlatego jak nie da się to będziemy karmić mieszanką.
Polecam i bardzo sobie chwalę butelki Tommee Tippee
06:15
chaos
Pierwszą rzeczą jaką musiałam zrobić to powiedzieć trenerowi czemu mój dzienniczek nagle świeci pustkami. Jak już przetrawił wiadomość o ciąży, to uświadomił mi od kiedy wracamy do pracy.
Nauczona problemami z pierwszej ciąży musiałam zrezygnować z jakiejkolwiek aktywności fizycznej, co nie jest czymś normalnym w moim życiu. O dziwo te dziewięć miesięcy przeleciało nie wiadomo kiedy; bez komplikacji z super wakacjami - wielki ukłon w stronę męża. Całe dziewięć miesięcy bez żadnego planu, nieułożone - totalnie zwariowane i chaotyczne.
Ponieważ byłam od maja na zwolnieniu postanowiliśmy zrobić mały remont dużego pokoju, który miał się skończyć w czerwcu; aktualnie właśnie wieszają mi szafki w kuchni; w wc zamiast drzwi mam od maja kocyk; łazienka nie ma drzwi ba nie ma nawet ścian ani sufitu - wszystko w płytach. Remont docelowo miał zakończyć się przed porodem, który zaczął się równie niespodziewanie jak niespodziewanie gruchnęła na nas wiadomość, że zostaniemy rodzicami. Pewnej nocy po prostu się zaczęło więc obudziłam męża, aby mu zakomunikować, że musimy się spakować i jechać do szpitala. Usłyszałam tylko zaspane: "Ok. Przytul się i chodź spać". Cały On
Nauczona problemami z pierwszej ciąży musiałam zrezygnować z jakiejkolwiek aktywności fizycznej, co nie jest czymś normalnym w moim życiu. O dziwo te dziewięć miesięcy przeleciało nie wiadomo kiedy; bez komplikacji z super wakacjami - wielki ukłon w stronę męża. Całe dziewięć miesięcy bez żadnego planu, nieułożone - totalnie zwariowane i chaotyczne.
Ponieważ byłam od maja na zwolnieniu postanowiliśmy zrobić mały remont dużego pokoju, który miał się skończyć w czerwcu; aktualnie właśnie wieszają mi szafki w kuchni; w wc zamiast drzwi mam od maja kocyk; łazienka nie ma drzwi ba nie ma nawet ścian ani sufitu - wszystko w płytach. Remont docelowo miał zakończyć się przed porodem, który zaczął się równie niespodziewanie jak niespodziewanie gruchnęła na nas wiadomość, że zostaniemy rodzicami. Pewnej nocy po prostu się zaczęło więc obudziłam męża, aby mu zakomunikować, że musimy się spakować i jechać do szpitala. Usłyszałam tylko zaspane: "Ok. Przytul się i chodź spać". Cały On
11:35
nostalgia
Pokój rozświetla mała lampka. To moja kolejna nieprzespana noc. Za oknem słyszę jak leje deszcz; pies cicho śpi co chwilę walcząc z jakimś sennym kotem. Mały znowu do nas przyszedł; robi tak odkąd wróciłam ze szpitala. Boi się, że już Go nie kochamy; jaki natłok dziwnych i nieprawdziwych myśli może tłoczyć się w głowie pięciolatka. Śpi twardo, mocno ściskając przytulaki w jednym ręku a moją dłoń w drugim. Taki kawałek mnie musi mieć przy sobie. Moje oczko w głowie; jedna z najważniejszych istot na świecie. Jak może myśleć, że go nie kochamy?
Przenoszę wzrok dalej. Patrzę jak On swobodnie oddycha; tak lekko i spokojnie. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że mam szczęście - to duże słowa ale mówię, je z czystym sumieniem. Dostałam od życia wielki kawał szczęśliwego tortu - fakt trochę nadgryziony tu i tam; trochę zmaltretowany - w końcu dziesięć lat to kupa czasu - nie zawsze tego wesołego i oprószonego szczęściem. Mam fantastycznego syna; fantastycznego i kochającego męża, który nigdy nie pozwoli by któremuś z nas coś się stało. Nie przesładzając ale takiego to ze świecą szukać. Owszem furiat, trudny do okiełzania, ale pewny i zapewniający bezpieczeństwo i spokój. Niesamowicie pomógł mi te parę dni temu - podziwiam i jestem mega wdzięczna.. Za rzadko mu to mówię. .wiem..
Cały mój świat mam w zasięgu ręki. Wszyscy śpią tylko nie ja - od trzech godzin próbuję uciszyć małego Czarodzieja, uporczywie kwilącego na mojej piersi. To właśnie On jest sprawcą całej naszej życiowej rewolucji. Zmiany stylu życia, planów dosłownie wszystkiego. Wstyd się przyznać ale przez tą małą istotkę legły w gruzach miesiące moich przygotowań, litry przelanego potu, wyrzeczenia. Do tego mroźnego, styczniowego poranka kiedy zobaczyłam dwie kreski ostro trenowałam. W kwietniu miałam zaliczyć swój pierwszy w życiu półmaraton, później maraton. Wszystko miałam jak zawsze dobrze zaplanowane, dopięte na ostatni guzik. W moim dotychczasowym życiu wszystko było zawsze poukładane, zaplanowane - nigdy nie było miejsca na niespodzianki czy niepewne sytuacje. Zawsze do tego styczniowego poranka. Patrząc na test poczułam się jak głupiutka nastka - zadając sobie pytanie: JAK?
Fakt, zamiast euforii pojawiła się w pierwszej chwili złość.. na siebie, na nas bo przecież nie jesteśmy nastolatkami, którzy nie wiedzą co robią. Dwoje dorosłych a tu taka sytuacja... Nie omieszkałam żeby obudzić męża i podzielić się z nim tą "radosną" nowiną. Niestety do jego wad należy totalny brak delikatności i wyczucia w niektórych sytuacjach - na wieść o tym, że zostanie tatą po prostu burknął coś i odwrócił się na bok zapadając dalej w sen.
Od tego styczniowego poranka dni poleciały lawinowo. Zaczął się prawdziwy rollercoaster chaotycznych wydarzeń..
Przenoszę wzrok dalej. Patrzę jak On swobodnie oddycha; tak lekko i spokojnie. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że mam szczęście - to duże słowa ale mówię, je z czystym sumieniem. Dostałam od życia wielki kawał szczęśliwego tortu - fakt trochę nadgryziony tu i tam; trochę zmaltretowany - w końcu dziesięć lat to kupa czasu - nie zawsze tego wesołego i oprószonego szczęściem. Mam fantastycznego syna; fantastycznego i kochającego męża, który nigdy nie pozwoli by któremuś z nas coś się stało. Nie przesładzając ale takiego to ze świecą szukać. Owszem furiat, trudny do okiełzania, ale pewny i zapewniający bezpieczeństwo i spokój. Niesamowicie pomógł mi te parę dni temu - podziwiam i jestem mega wdzięczna.. Za rzadko mu to mówię. .wiem..
Cały mój świat mam w zasięgu ręki. Wszyscy śpią tylko nie ja - od trzech godzin próbuję uciszyć małego Czarodzieja, uporczywie kwilącego na mojej piersi. To właśnie On jest sprawcą całej naszej życiowej rewolucji. Zmiany stylu życia, planów dosłownie wszystkiego. Wstyd się przyznać ale przez tą małą istotkę legły w gruzach miesiące moich przygotowań, litry przelanego potu, wyrzeczenia. Do tego mroźnego, styczniowego poranka kiedy zobaczyłam dwie kreski ostro trenowałam. W kwietniu miałam zaliczyć swój pierwszy w życiu półmaraton, później maraton. Wszystko miałam jak zawsze dobrze zaplanowane, dopięte na ostatni guzik. W moim dotychczasowym życiu wszystko było zawsze poukładane, zaplanowane - nigdy nie było miejsca na niespodzianki czy niepewne sytuacje. Zawsze do tego styczniowego poranka. Patrząc na test poczułam się jak głupiutka nastka - zadając sobie pytanie: JAK?
Fakt, zamiast euforii pojawiła się w pierwszej chwili złość.. na siebie, na nas bo przecież nie jesteśmy nastolatkami, którzy nie wiedzą co robią. Dwoje dorosłych a tu taka sytuacja... Nie omieszkałam żeby obudzić męża i podzielić się z nim tą "radosną" nowiną. Niestety do jego wad należy totalny brak delikatności i wyczucia w niektórych sytuacjach - na wieść o tym, że zostanie tatą po prostu burknął coś i odwrócił się na bok zapadając dalej w sen.
Od tego styczniowego poranka dni poleciały lawinowo. Zaczął się prawdziwy rollercoaster chaotycznych wydarzeń..