W niedzielę był kolejny finał Wielkiej Orkiestry. Jak co roku wzbudzał wielkie kontrowersje - nie tyle sam finał co Owsiak. Opluty z niemal każdej strony; jaki to on zły i nie dobry; jak dużo zarabia na nas biednych obywatelach. Strach się bać. Od 23 lat zawsze dawałam na WOŚP i dawać będę - o słuszności mojej decyzji przekonałam się wielokrotnie. Naprawdę punkt myślenia zmienia się diametralnie w momencie, gdy twoje dziecko leży w inkubatorze z serduszkiem lub, jak w naszym przypadku, jak sprzęt z owym symbolem pomaga złapać swobodny oddech. Tak, ta okropna fundacja i zakupiony przez nią sprzęt bardzo nam pomógł. Nie wspomnę już o tym, że każde nowo narodzone dziecko ma badany słuch właśnie na sprzęcie zakupionym z pieniędzy zebranymi podczas finałów. Ale może nie o tym... Podczas każdego finału organizowany jest bieg przeciw cukrzycy. W tym roku byłam z Młodym pod pałacem aby pokazać mu o co chodzi z tą Wielką Orkiestrą - co to w ogóle jest i o co tyle krzyku. Akurat trafiliśmy na rozgrzewkę przed biegiem. Wszędzie roiło się od pomarańczowych koszulek, w powietrzu czuć było tą fajną startową atmosferę. Znowu poczułam gęsią skórkę i lekki żal, że nie biorę w tym czynnego udziału. W sumie to tylko 5km więc mogłam spróbować tak dla fun'u nie wyniku. Mogłam zapisać siebie i młodego i przeczłapać ten dystans. Mogłam, gdyby nie fakt, że każda próba jakiegokolwiek większego wysiłku kończy się u mnie potwornym bólem w podbrzuszu. Dają o sobie znać komplikacje podczas cięcia. Cóż tym razem obeszłam się smakiem, ale obiecałam sobie, Młodemu i kumplowi spotkanemu na starcie, że za rok biegniemy razem. I ty myśl - przydałby się wózek biegowy. Wtedy cała rodzina (za wyjątkiem antysportowego męża) pokonywałaby wspólnie kilometry.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz